Wpisy z tagiem: zima

piątek, 03 lutego 2012
Codex


Radiohead - Codex

Wśród tych wszystkich zdarzeń jakie zaskakują mnie w łóżku, mogę wyróżnić śmierć Szymborskiej czy trzeci z rzędu remis Barcelony. Mimo, że mieszkam w wielkim i starym domu, gdzie drzwi są grube i skrzypiące, to wszystko słyszę. Radio mamy, telewizor taty. Codziennie leże na łózku, wpatrzony w biały sufit, a wokół mnie dym z papierosa załamuje symetrię ścian. Pohukiwania ojca za ścianą docierają do mnie z opóźnieniem, bo rozkołysane i senne fale muzyki, dym z papierosa i głowa wciśnięta w poduszkę, skutecznie zagłuszają cały boży świat. Tkwię, więc w swojej błogiej nieświadomości.

Od czasu do czasu podrywam się i zmieniam płytę. Wtedy migający ekranik komputera kusi swoją kolorowością i nęci mnie. Jeden link, potem drugi i trzeci. Po chwili pochylony nad migającym ekranem wiszę z zaintersowaniem wczytując się w głupoty ze świata. Ciekawymi głupotami dzielę się z innymi, niech też pogłupocieją ze mną. Gdy wracam do łóżka i odpalam kolejnego papierosa to znów mnie nastaje świt. I tak codzień.

środa, 02 marca 2011
Disorder


Joy Division - Disorder

Dzisiejsze słońce spaliło za mnie papierosa, pomógł wiatr i bezlistne gałęzie obijające się o siebie. Smak Winstona gubił się w czarnej dziurze mojego gardła. Gdzieś daleko tliło się odbicie żaru na samotnym cypelku języczka. Z błogą miną wszedłem z powrotem do budynku. Otoczony wyczuwalną nutą spalonego tytoniu, sunąłem po korytarzu odbijając się co dwa kroki od ścian. Kawa parująca na stoliczku pod telewizor, byłą znikomą chmurką w porównaniu do dymu, który ciągnął się za mną. Papier toaletowy w całej swej skromnej szarości stał bezczelnie na baczność na twarzy Nahacza. Jedynie ciemne usta wystające spod walca papieru ułożyły się w trudny do scharakteryzowania grymas. Wziąłem torbę, spakowałem do niej teczkę, książkę (papier jak niepyszny upadł na blat biurka) i portfel. Sprawdziłem stan paczki. Poparawiłem okulary na wydatnym nosie i wyszedłem na ciemny korytarz. Upewniwszy się czy drzwi są aby na pewno zamknięte, ruszyłem w kierunku światła na końcu korytarza, jak niewinna muszka w lipcu, a może w siperniu, zmierzająca na swój prywatne spotkanie z muszym Chrystusem. Wreszcie gdy po serii odbić od ścian stanąłem przed drzwiami, wziąłem głęboki oddech i wyszedłem na pełną słońca plażę śniegu, gdzie jedynie grube konary nie uległy promieniom Swaróga. Gdyby nie moja ciemna kurtka pewnie zlałbym się jak reszta konturów w jedną jasną plamę. Ruszyłem przed siebie na spotkanie z... no właśnie z kim?

wtorek, 11 stycznia 2011
Jinx


TAD - Jinx niebo

Dziś będzie o mgle. Siedziałem sobie w pokoju i na wprost biurka mam okno. Wyglądam przez nie i widzę jakby chmurom pomyliły się poziomy. Widoczność była na maksimum 10 metrów i piszę to bez przesady. Wyszedlem więc grzecznie skonsumować papierosa w tym białym czymś. Łażę sobie tak tymi alejkami i piękna myśl mnie naszła: przecież mnie nie widać praktycznie. Zacząłem odstawiać fikuśny cyrk, który mógł się zrodzić jedynie w mojej głowie. W końcu wróciłem do pokoju i tak sobie o tej mgle myślac zasnąłem.

Wczoraj kupiłem sobie cappuccino. Jakie to dobre! Wypiłem w sumie pięć wielgaśnych kubków i teraz wszędzie czuję cappuccino! Dosłownie! Idę sobie korytarzem, odwracam się nagle i czuję cappuccino! Przechodzę koło automatu z kawą i co widzę? Cappuccino! Cappuccino zawładnęło moim życiem, otoczeniem. Wszystko dostosowywuje się do delikatnej pianki i kremowo-brązowo-beżowego (niepotrzebne skreślić) wywaru!

Czytam Duszpasterstwo kolo lodowca autorstwa Halldóra Kiljana Laxnessa. Bardzo ciekawa książka o pewnym panu, który przybywa do osady w której panują śmieszne zasady, pastor jest złotą rączką. Główny bohater przez caly pobyt jest goszczony jedynie kawą i ciastkami. Według wiki jest to książka z nurtu realizmu magicznego. Nie wiem, bo szczerze się nie znam na tym, co nie zmienia faktu, że książka jest lekka i przyjemna.

niedziela, 09 stycznia 2011
Christmas steps


Mogwai - Christmas steps


Zaraz położę się na łóżku. Takie łóżko to fajna sprawa. Jesteś zmęczony(a) lub po prostu potrzebujesz czegoś miłego, kładziesz się na łóżku i jest trochę lepiej. Lubię się położyć, gdy chcę o czymś pomarzyć. Jak miałem kilka lat to kładłem się na łóżku i wyciągałem ręce to góry i robiłem z dłoni jakieś wzorki, albo rysowałem palcami na suficie. Dziś się kładę na łóżku, załóżmy, że jest ciemno, więc kładę się na łóżku. Puszczam muzykę, najczęściej jest to coś spokojnego. Zamykam oczy i mam reset. Takie miłe w dotyku uczucie łechta za uszami i po ramionach. Leżę sobie tak i marzę. Budzę się dwie godziny później i jestem szczęśliwszym człowiekiem. Jestem pogodny i mam lekko zamglone oczy. Lubię się przeciągać w łóżku i głośno ziewać. Po śnie zawsze zostaje dziwny smak w ustach. Ni to gorycz ni czekolada. Patrzę w lewo i widzę swój zegarek w kształcie robota (prezent od bardzo kochanej i praktycznie myślacej dziewczyny ;)), pokazuje mi godzinę. Wtedy ziewam jeszcze trochę, żeby "wyziewać" się na potem i przypominam sobie co takiego fajnego mi się śniło. Najczęściej nie pamiętam, ale i tak jest miło. W końcu położyłem się i zdrzemnąłem, a to dla każdego jest miłe. Życzę wam kolorowych snów i żebyście mogli poleżeć codziennie chociaż pół godzinki.

 

W ramach bonusu: ja i mój robot-zegarek.

ps okładka na początku notki to link do kawałka.

piątek, 07 stycznia 2011
Year of silence


Crystal Castles - Year of silence

Nawet teraz gdybym bardzo chciał przekazać jakąś mądrą myśl, skończyłoby się to durnym majaczeniem. Mały pierdolnik na plamie miasta - miasteczka wręcz nawet. Gdy palę papierosa, widzę za murem przedgórze, a na jego szczycie wielką antenę. Kiedyś śmialiśmy się, że wskazuje kierunek na Moskwę. Spal w dziesięć minut trzy papierosy, popij je kawą, a wcześniej napchaj głowę bredniami PRL-owskich wydawnictw propagandowych z biblioteki koło kotłowni - efekt omdlenia natychmiastowy. To takie gorzkie.
Załóżmy, że jest maj. Leżymy na trawie, słońce świeci nam w twarze - cisza. Za murem widzimy jak przejeżdżają pociągi, ludzie chodzą po chodnikach, w oddali dym wylatuje z komina i zaraz porywa go wiatr. Jakiś taki smutek mnie ogarnia, bo nie mogę wstać, wyjść i rozprostować kości.
Pamiętam pierwszy dzień. Wszyscy byli mili. Wyszedłem, usiadłem na murku i zapaliłem. Zadzwoniłem do mojej obecnie byłej dziewczyny i pogadałem z nią miło. Potem wróciłem i już zaczęły pojawiać się problemy. "Musisz" i "nie możesz" to dwa argumenty, które przemawiają do mnie, docierają bez ogródek do głębi. Jak impuls po neuroprzekaźnikach, błyskawicznie zapal się lampka i pojawia się pogrubiony napis "Uwaga". To znaczy, że ktoś ingeruje zbyt impulsywnie w moje życie, moje ja, mnie.
Na początku jeszcze jakoś to działało, potem nabierałem coraz grubszej skóry. Teraz mam pancerz jak kosmiczny rycerz (czy coś równie banalnego), aczkolwiek delikatny jak pajęcza sieć (czy coś jeszcze bardziej banalnego). Wyczuwam każde drgnienie powietrza w pomieszczeniu. Proszę śmiało, usiądź, herbaty? Za chwilę zacznie się atak gościa. Pajęczyna drga pod każdym wdechem i wydechem. Kontroluje czy wszystko w porządku. W końcu trafia na nieprzyjemne ukłucie: "Nie możesz tak mówić.". Ależ mogę. Cytat jest tylko metatekstem, mogę popieprzyć i zjeść go z zamknięty oczami.
Morał z tej bajki taki: nie zamykaj filozofa za murami, bo rozniesie je myślami.